W ramach MUZEUM NA CHŁODNEJ zapraszamy na wyjątkowe, ostatnie przed wakacjami spotkanie z cyklu Tytuł Roboczy WARSZAWA

Tymrazem naszym gościem będzie MARIA CZUBASZEK – pisarka, autorka tekstówkabaretowych, dziennikarka, bloggerka i warszawianka z krwi i kości.

Fragmenty tekstów i skeczy czytają ANNA GAJEWSKA I MAGDALENA KACPRZAK.

Wystąpi: INTERAKTYWNY KABARET POD IMPULSEM, pod kierunkiem Marii Czubaszek.

Spotkanie odbędzie się 26 CZERWCA, o godz. 19.00, na Chłodnej 25

Spotkanie prowadzą: MICHAŁ SIECZKOWSKI i RAFAŁ KOSEWSKI z Fundacji Sztuki Arteria


Po spotkaniu zapraszamy naszych gości i przyjaciół do spędzenia czasu na Chłodnej 25 pod hasłem
„letni wieczór na wyspach Hula-Gula”
:):):)

 

uwagauwagauwaga PRACOWNIE

Dodano 24 czerwca 2009, w Bez kategorii, przez autor

Kilka pracowni do wynajęcia w Kamienicy na Stalowej (z roku 1905).
Ładne przestrzenie do pracy i wystaw.

Kamienica w żywym procesie rewitalizacji gdzie będzie się dużo działo.
Każda z pracowni ma dostęp do internetu, łazienki i jadalni.
Ceny bardzo rozsądne.

Kontakt:
Gildas
gildas@stalowa52.pl
501 135 114


 

Warszawa w sieci

Dodano 24 czerwca 2009, w Bez kategorii, przez autor

warto zajrzeć

po latach długich udało się

zrobić stronę

ku chwale Warszawy

www.warszawa2016.pl

gratulujemy

 

uwagi techniczne

Dodano 21 czerwca 2009, w Bez kategorii, przez autor

szanowni

w trakcie trwania koncertu Marcina Maseckiego (godz. 19.00-20.00)

chłodna25 będzie zamknięta dla ruchu gastronomicznego.

przepraszamy

pozdrawiamy

 

rezerwacje: g.lewandowski@chlodna25.pl

 

znalezione w sieci

Dodano 21 czerwca 2009, w Bez kategorii, przez autor




Nie
tylko dlatego, że lubię solowe płyty. Trafiające niemal równocześnie na
rynek „Bach Bleach” Raphaela Rogińskiego i „Bob” Marcina Maseckiego są
najważniejszymi dla mnie albumami tego roku.

Płyta „Marc Ribot
plays the Works of Frantz Casseus” jest jedną z moich ulubionych przede
wszystkim dlatego, że Ribot, grając na akustycznej gitarze haitańskie
melodie swego mistrza, wyeksponował to, co zazwyczaj gitarzyści
skrzętnie skrywają przed mikrofonami – efekt uboczny gry na
instrumencie, dźwięk przesuwanych po gryfie palców. Z kolei
najukochańszych albumem w dyskografii Theloniousa Monka jest dla mnie
„Alone in San Francisco”, gdzie leitmotivem staje się wybijany, czy
raczej szurany przez buty pianisty nerwowy rytm – podskórny
akompaniament. Zarówno „Bach Bleach”, jak i „Bob” – każda na swój
sposób – są takimi właśnie płytami nie na temat.

Problem
pojawia się już przy próbie gatunkowej klasyfikacji. W internetowym
katalogu sklepu Serpent wyświetlają się one zarówno w kategorii
„poważna”, jak i „jazz/yass/ impro”. Można je też spokojnie wrzucić do
worka z napisem „awangarda”. Nie brak ścisłej stylistycznej
przynależności tych płyt, lecz wywrotowy sposób potraktowania przez
obydwu muzyków swych instrumentów czyni obydwa albumy wyjątkowymi.
Rogiński, którego kojarzymy z improwizatorsko-klezmerskich klimatów,
pokusił się o interpretację melodii Bacha, Masecki z kolei udowodnił,
że świetną, współczesną płytę można nagrać na kuchennym pianinie.

Obydwu
płyt słuchałem jak objawień – Rogińskiego odczytanie Bacha zaskakuje
ascetyczną prostotą i zgrzytliwą, balansującą na granicy sprzężenia
melodyjnością – czy melomani uderzą oburzeni pięścią w stół, jak to
kiedyś miało miejsce w przypadku Glenna Goulda? Dla mnie odkryciem jest
to, że Bacha w rękach (i głowie) Rogińskiego słucha się na nowo,
wybrzmiewa on nowym, zupełnie mi nieznanym, nieprzewidywalnym tonem
(nie ma w tym nic z nieznośnej sterylności bachowskich prób Jacquesa
Loussiera). Zestawienie chropowatej, „brudnej” gitary Rogińskiego i
nieskazitelnych, czystych kompozycji Bacha zadziałało chyba na zasadzie
coincidentia oppositorum.

Płyta Maseckiego jest bardziej
krotochwilna, pianista bawi się swym instrumentem trochę w stylu
Theloniousa Monka, stosując niekonwencjonalne frazowanie, obsesyjnie
krążąc wokół kilku dźwięków, czyniąc w swych kompozycjach aluzje do
klasycznych tematów (np. fragment arii z „Carmen” w utworze
„Gesualdo”), wreszcie – wieńcząc jeden utwór (wspomnianego „Gesualda”)
ironicznym orkiestrowym finałem. Całość jest niewielka i cudownie – w
odróżnieniu od płyty Rogińskiego – spontaniczna. I antywirtuozerska -
ma się ochotę wyrzucić wszystkie płyty Leszka Możdżera przez okno.

Najciekawsze
w tym  wszystkim jest jednak to, że Masecki i Rogiński grają wspólnie w
zespole pod mało wyszukaną nazwą Rogiński/Masecki/Moretti. Wspólnie z
liderem Mitch&Mitch tworzą tercet, który – przewiduję – namiesza w
polskiej muzyce w stopniu porównywalnym do przełomu, jaki kilkanaście
lat temu zgotowali naszej scenie muzycznej yassowcy z Leszkiem
Możdżerem w szeregach (przy okazji: czy decyzja o reaktywacji Miłości -
Jacka Oltera na perkusji następuje… Macio Moretti – to nie ostatni i
ostateczny gwóźdź do trumny tamtego ruchu?). 


 

w Życiu Warszawy. Marcin Masecki.

Dodano 21 czerwca 2009, w Bez kategorii, przez autor


autor zdjęcia: Dominik Pisarek

Atmosfera składania puzzli

Dominika Węcławek (Życie Warszawy)

W
najbliższych dniach Marcin Masecki zawładnie stołecznymi klubami. Każdy
z jego koncertów będzie miał inny charakter. Na wszystkie ma też pomysł
– Beethovena zagra np. z zatkanymi uszami.


Masecki
coraz częściej nazywany jest najlepszym współczesnym polskim pianistą –
to określenie budzi respekt, zwłaszcza gdy mowa o artyście 27-letnim.
Tymczasem na spotkanie przychodzi zwyczajny chłopak w krótkich
spodenkach i kraciastej koszuli. Ma ze sobą iPoda, ale tam zamiast
nowych przebojów na liście króluje muzyka barokowa.

Z tłumu
wyróżnia go nie zachowanie, a to, co niewidoczne na pierwszy rzut oka –
olbrzymi talent. Umawiamy się w Klubokawiarni Chłodna 25, o której mówi
„mój dom”. Tu może przyjść z każdym pomysłem i wie, że zawsze może
liczyć na wsparcie właścicieli i olbrzymie zainteresowanie publiczności.

 

Pierwsze dźwięki

Do
medialnego szumu, jaki wywołały wydane przez niego w ostatnim czasie
albumy – solowy „BOB” oraz debiutancki krążek projektu Paristetris –
podchodzi z odpowiednią dozą dystansu i poczucia humoru. O swojej
wartości nie musi się przekonywać, czytając recenzje. – Wiem, że mam
talent i fach w ręku – przyznaje. Wierzy, że odpowiednio długa praca
mogłaby mu przynieść sukces za granicą.

Tym bardziej że pracuje
na niego niemal od urodzenia. Rodzice – jak sam to określa –
programowali go, od kiedy skończył dwa lata. – Świadomie puszczano mi
utwory odpowiednio zróżnicowane stylistycznie. Wykonywałem też proste
ćwiczenia bez instrumentu – wspomina Masecki. I dodaje, że ćwiczenia te
dały efekty już w chwili, gdy po raz pierwszy – jako siedmiolatek –
zasiadł przy pianinie. Wiedzę muzyczną przekazał mu ojciec –
klarnecista i pedagog.

O ile to rodzice wprowadzili go w świat
muzyki, o tyle świadome podejście do tworzenia ukształtowały dopiero
studia w Bostonie. Zrozumienie, że to nie od nauczyciela, a od ucznia
zależy, jaką drogą chce iść, zajęło mu prawie cały czas przeznaczony na
naukę w USA. Może dlatego, gdy wrócił do Polski, nie potrafił znaleźć
wspólnego języka z artystami, z którymi działał tu wcześniej.

– Moje pomysły nie trafiały na podatny grunt. Musiałem więc szukać gdzie indziej – wspomina pianista.

 

Nowa droga

Odnalazł
się wśród artystów sceny alternatywnej – m.in. formacji Pink Freud i
muzyków związanych z wytwórnią Lado ABC. Teraz jej nakładem ukazują się
jego kolejne krążki. Solowy „BOB” wywołał niemałą konsternację. Jest
bowiem próbą zmierzenia się z linearnością czasową utworów. Muzyk stara
się uchwycić klimat domowych ćwiczeń: pierwsza próba. Przerwa. Zmiana
tempa. Cisza, szuranie w tle. Kolejne dźwięki zagrane zamiast
poprzednich.

– To taka atmosfera składania puzzli – tak Marcin
próbuje odnieść sytuację muzyczną do graficznej. Utwory zawarte na tym
albumie mają charakter bardzo intymny, powstały jednak już ponad rok
temu. Teraz Masecki poszedł dalej i choćby dlatego warto przychodzić na
jego występy.

 

Wiele twarzy muzyki

W najbliższych dniach zagra aż trzy koncerty, a każdy utrzymany będzie w innej stylistyce.


W sobotę będę grać standardy dixielandowe z Jazz Bandem Big Bandem. W
niedzielę muzykę klasyczną, a we wtorek improwizowany koncert solowy –
wylicza. Dodaje też, że pracuje nad niespodzianką.

Po wakacjach
muzyk wraca też na trasę z Paristetris, projektem współtworzonym m.in.
z żoną, pochodzącą z Argentyny Candelarią Saenz Valiente.

– Nie
zmierzam się tu z większymi problemami. Jest spokój, wszyscy są
uśmiechnięci. Tylko Candi miała tremę, bo od dawna nie śpiewała przed
ludźmi –wyjaśnia. Ciepłe przyjęcie słuchaczy pozwala Candi odnaleźć się
lepiej w Polsce. Dotąd bowiem, jak mówi Marcin, trudno im było żyć
między dwoma krajami. Jemu teraz pozostaje odszukanie w Buenos Aires, w
którym gości regularnie, miejsc tak przyjaznych jak warszawska Chłodna
25.


 

Marcin Masecki: Filharmonia to muzeum (Dziennik)

Dodano 21 czerwca 2009, w Bez kategorii, przez autor

Marcin Masecki: Filharmonia to muzeum


To bodaj najciekawszy pianista młodego pokolenia.  Z powodzeniem gra klasykę i jazz, ale przede wszystkim uwielbia improwizacje. Doskonale odnalazł się w szeregach yassowej formacji Pink Freud, której koncertom przydał zupełnie nowego blasku. DZIENNIK rozmawiał z muzykiem.


Patrzę na kalendarz Pana koncertów i widzę, że co kilka dni
występuje Pan w Warszawie. Wiąże Pana coś szczególnego z tym miastem,
poza faktem że tu się urodził?

Marcin Masecki: Tu mieszkam, tu mam rodzinę i znajomych. Tu mam też drugą, dość obszerną rodzinę w klubokawiarni Chłodna 25.

 

Wielu mieszkańców tego miasta ma do niego bardzo
krytyczny stosunek. Pozostała część Polski także. Zwykło się mówić, że
Warszawa to „największa wieś w Europie”. Koncertuje Pan za granicą.
Ciekaw jestem Pana opinii na temat życia kulturalnego w polskiej
stolicy.

Dla mnie to miasto zaczęło mieć sens kilka lat temu, kiedy
powstały takie miejsca jak Chłodna 25, Plan B czy Cafe Kulturalna.
Niedawno dołączyło do tej grupy Powiększenie, a zaraz będzie jeszcze
kawiarnia Nowy Świat i Warszawa Powiśle. Ludzie, którzy przychodzą do
tych miejsc tworzą małe, ale prężne środowisko. Bardzo kulturalne.

 

Niebawem zagra Pan koncert w klubokawiarni Chłodna
25. To dziś jedno z popularniejszych adresów na mapie stolicy. Co Pana
zdaniem przesądziło o sukcesie tego miejsca?

Przede wszystkim jego twórca, czyli Grzegorz Lewandowski.
Chłodna 25 to bardzo specyficzne miejsce. Jest kawa, są koncerty,
wystawy, dyskusje, projekcje filmów itd., ale oprócz tego jest też
pewna bardzo żyzna atmosfera, ludzie się poznają, powstają pomysły na
projekty, tworzą się związki. To takie bardzo intensywne minicentrum
kulturalno-towarzyskie.

 

Na Chłodnej 25 zagra Pan trzy sonaty Beethovena. To
miejsce gdzie przychodzą głównie młodzi ludzie. Dlaczego ich nie widać
również w warszawskiej filharmonii, pomimo, że grywa się tam podobny
repertuar?

Filharmonia to muzeum. Ogląda się w niej eksponaty sprzed 200,
300 lat. Wtedy kiedy powstawały utwory takiej jak sonaty Beethovena
wykonywano je w knajpach, w prywatnych salach lub w teatrach, były one
odpowiednikami dzisiejszych kin, do których się chodzi na najnowszą
premierę. Jednym słowem to wszystko żyło. Dzisiejsza filharmonia to
instytucja wymyślona do tego, żeby konserwować przeszłość. Aplikuje jej
ogromne ilości konserwantów, które niestety psują jej naturalny smak.
Utwory takie jak sonaty Beethovena mają w sobie ogromny ładunek. Mogą i
powinny wzbudzać skrajne emocje, a nie tylko rutynową aprobatę i
uwielbienie. Do tego dochodzi jeszcze fakt, że w filharmonii muzycy
oddaleni są od słuchacza o parędziesiąt metrów. Każde kaszlniecie
przebija wielokrotnie to co dzieje się na scenie. To jest bardzo słabe.
Myślę że Beethoven może dużo lepiej zadziałać w klubokawiarni.

 

Krystyna Janda pytana o to, czy woli teatr czy film
odpowiedziała, że to jakby zapytać o to czy woli Pani syna czy córkę.
Podobnie reaguje Pan na pytania o to czy woli muzykę klasyczną czy jazz?

Tak.

 

Przeczytałem ostatnio Pana wypowiedź, że nie jest
entuzjastą jazzu. To dość zaskakujące bo m.in. z tą stylistyką jest Pan
silnie kojarzony. Nawet 20 czerwca w kawiarni Nowy Świat zagra Pan
koncert Jazz Band Big Band…

Chodzi mi raczej o współczesny jazz, a dokładnie o mainstream,
czyli nurt główny. Nurt ten jest dekadenckim kopiowaniem muzyki sprzed
40 lat. Saksofoniści grają jak Coltrane, pianiści jak Hancock,
perkusiści jak Williams albo Dejohnette itd. Ja oczywiście mam korzenie
silnie jazzowe, ale w jakimś momencie – grając z resztą całkiem jak
Hancock – uzmysłowiłem sobie, że nie ma sensu pasożytować na czyimś
dorobku, że sens ma wręcz odwrotny mechanizm, i że jest on tak naprawdę
zawarty w definicji sztuki. Było to dość elementarne, jak mi się
wydaję, odkrycie, ale rozmawiając ze swoimi kolegami jazzmanami
spotykałem się najczęściej z pustym przytakiwaniem. I tak jakoś
zdryfowałem w stronę środowiska, które na pewno nie może być nazwane
jazzowym, a które obfituje w dużo bardziej twórczą energię. Dlatego mam
traumę związaną ze słowem „jazz”. Projekt Jazz Band Big Band natomiast
to zupełnie inna rzecz. Świadome odtwarzamy realia z lat 20 i 30. Po
prostu gramy dancing.

 

Dziś ważą się losy wspomnianego lokalu przy Nowym
Świecie, tego jaki będzie miał charakter. Ma Pan wyobrażenie co tam
powinno powstać. Brakuje Panu w Warszawie miejsca w jakimś klimacie, a
które można by tam ulokować?

Jak na dzień dzisiejszy niczego mi nie brakuje. Oczywiście im
więcej dobrych lokali tym lepiej. Na Nowym Świecie będzie albo Krytyka
Polityczna albo Grzegorz Waligóra z byłego Jazzgotu. I tak, i tak
dobrze.

 

Czy można powiedzieć, że w Warszawie kwitnie kultura
niezależna? Swoją najnowszą płytę będzie promował Pan 23 czerwca w
kolejny nowy, a popularnym już miejscu jak Powiększenie.

Myślę że tak, można tak powiedzieć. Jak już mówiłem, Chłodna
25, Plan B, Kulturalna, Powiększenie, wytwórnia płytowa Lado ABC, Nowy
Świat, tego wszystkiego jeszcze kilka lat temu nie było. Kwitniemy.

 

Porozmawiajmy jeszcze o najnowszej płycie „BOB”. Pokusiłby się Pan o określenie w jakiej utrzymana jest ona stylistyce?

Nie. Kiedy artysta mówi o swojej sztuce to najczęściej bardzo źle jej robi.

 

Przy okazji premiery wspomnianej płyty w prasie
pojawiły się stwierdzenia, Marcin Masecki – narodziny gwiazdy, że
dystansuje Pan pozostałych polskich pianistów. Pana płyta poraża
nowatorstwem. Myślał Pan o tym by osiągnąć taki efekt, czy to wyszło
spontaniczne.

Proces twórczy to bardzo skomplikowany temat, o którym lepiej
za dużo nie mówić, na wszelki wypadek. Powiem tylko że „BOB” to efekt
długoletniej pracy i wielu, wielu przemyśleń. Nic tam nie wyszło
spontanicznie, chociaż podczas samego nagrywania sporo improwizowałem.
Ważne jest dla mnie żeby robić nowe i żeby odkrywać, ale skupianie się
na uzyskaniu „efektu” nowatorstwa to ślepa uliczka.

 

Dobrze czułby się Pan w roli buntownika, muzycznego rewolucjonisty?

W żadnej roli nie czułbym się dobrze.

 

 

Słynny
fotografik Tadeusz Rolke w rozmowie z DZIENNIKIEM powiedział, że dziś
młodzi ludzie nie szukają autorytetów, lecz co najwyżej wzorców…

Chyba rzeczywiście tak jest. Takie czasy… Dziś dostęp to
wszelkiego rodzaju wiedzy czy sztuki jest bardzo łatwy. Wiem na swoim
przykładzie, że cenię sobie to że Internet jest moim laboratorium,
źródłem inspiracji i prywatnym uniwersytetem. Mam w nim miliard wzorców
i bodźców, i nie zamieniłbym tego na żadnego mistrza. Myślę, że tak
może czuć wiele osób.

 

W ostatnim czasie pytam swoich rozmówców tworzących
warszawskie środowisko artystyczne jak oceniają szanse Warszawy walce o
tytuł Europejskiej Stolicy Kultury 2016?

Raczej marne. Środowiska niezależne są w Warszawie bardzo
aktywne, ale wydaje mi się, że władze nie maja pomysłu jak sprawnie
wykorzystać ten potencjał. Szkoda, bo taki tytuł dałby nam dobrego
kopa.


 

Golgota Wrocławska w InfoQulturze

Dodano 19 czerwca 2009, w Bez kategorii, przez autor

SERDECZNIE ZAPRASZAMY

na pokaz jednego z najwybitniejszych spektakli ostatnich lat

pt.


„Golgota wrocławska”

w reż. Jana Komasy

nagrodzonego Grand Prix na V Festiwalu Dwa Teatry w Sopocie

Pokaz odbędzie się 19 czerwca o godz. 19.00

w INFOQULTURA (pl. Konstytucji 4)

Gośćmi będą m.in.
Jan Komasa oraz
laureat nagrody za najlepszą pierwszoplanową rolę męską (Dwa Teatry 2009)
Adam Woronowicz

WSTĘP WOLNY!!!

 

  • RSS