Boniecki u Kowalskiej na blogu. Opowiada.

Dodano 21 kwietnia 2010, w Bez kategorii, przez autor



‚Rano nie ma słońca. Jadę do pracy, zahaczając o Warszawę Powiśle, gdzie na śniadanie zjadam tosty i popijam kawą. Potem kilka godzin na Pradze, z której wracam, trochę jak do siebie, na drugi brzeg Wisły. Raz poszedłem na imprezę, gdzieś przy Ząbkowskiej. Nikogo tam nie znałem i zapytałem w końcu jakiejś barmanki o co chodzi i skąd oni się wszyscy wzięli. Powiedziała mi, że oni tu mają swoje życie, my po drugiej stronie rzeki swoje i podobno rzadko się odwiedzamy. Za mostem w górę, Książęcą czy Tamką, przez jeden plac i drugi plac. Dostaje się na Mokotów. Chłopaki przy ul. Dąbrowskiego w kawiarni Relaks na pełnym luzie robią jedną z najlepszych kaw w mieście. Najlepiej też naprawią Twój rower. Bo wiedzą jak to się robi. Relaks Skurwysyn – nie ma go w karcie, ale możesz być pewny, że po tej kawie nie zaśniesz. Polecam. Jeszcze zdążę do fryzjera. W tym mieście znam trzech, którzy wiedzą o co chodzi. „Na Warszawiaka” – tak ostrzygą mnie na pewno przy Puławskiej, tuż za Silver Screenem, w stronę Śródmieścia, przy pomniku Złotej Kaczki przy Tamce albo na Nowym Mieście. Niepowtarzalny klimat i rozmowy prawdziwych dżentelmenów. Jest wieczór, piątek. W OSiRZE trochę ludzi. Wpadam wypić kieliszek i schodzę w dół do Warszawy Powiśle. Tam impreza. Gra ruskie Disko, a do wódki są ogórki albo szlugi. Zostaję chwilę i idziemy za róg. Przy Kruczkowskiego 14 stoi mur. Za murem jest zakon i ogromny ogród w środku miasta. Niesamowite uczucie, gdy już znajdziesz się po drugiej stronie. Zakazany, nikomu nieznany, piękny sad i masa roślin. Wypijamy trochę pod drzewem i lecę dalej. Na pl. Zbawiciela tłumy. Dużo rowerów. Zbiera się ekipa do kolejnej eskapady. Bierzemy napoje i ruszamy grupą do Warszawskich Łazienek. Park jest już dawno zamknięty, ale mamy sposób żeby dostać się do środka. To chyba najciemniejsze miejsce w mieście. Nic nie widać, wokoło masa drzew. Zabawnie, ale trzeba być bardzo cicho – ochrona krąży. Możemy usiąść na trawie i rozmawiać. Ale w nocy, nawet wiosną, jest zimno. Trzeba wracać. Wygłodniały jadę do baru Emilka na „pice”. Tę nazwę usłyszałem od koleżanki, która z kolei powtórzyła mi słowa naszego wspólnego kolegi. Pica to taka polska pizza. Placek grubości dwóch centymetrów, masa dodatków, szynka, ser albo wegetariańska, majonez i keczup. Wygląda jak torcik, ma w sumie z 5-6 cm wysokości. Można się najeść i czynne całą noc. Mocna rzecz. Przez centrum powrót na pl. Zbawiciela. Plan B już zamknięty i to właśnie teraz jest tam najlepsza impreza. Sami znajomi, drzwi na klucz. Jazda na deskorolce w środku i puszczanie muzyki – co kto lubi. Zaczyna wschodzić słońce, wpada do środka. Wychodzę na zewnątrz, łapie cokolwiek i jadę do opuszczonej Fabryki Świetlówek im. Róży Luksemburg na Woli. Za dwie dychy, do ręki ochroniarzowi, można wjechać na ostatnie piętro windą i wbić się na dach. Ładny widok, ale chyba czas spać. Fajnie, że tutaj. Powietrze i nikogo wokoło. Mam tylko nadzieję, że się obudzę, bo koło 8 trzeba zjeść śniadanie. Najlepiej w hotelu Polonia. Najlepiej za darmo. Z szampanem, łososiem, jajkami i szynką parmeńską ze świeżym melonem. Patent jest najprostszy na świecie. Ale nie mogę go tu opisać, bo prawdopodobnie już nigdy nie będę mógł go powtórzyć. Jak się spotkamy, to Cię zabiorę.’


 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>


  • RSS